Diagnoza – co dalej?
Sierpień 6, 2019
Z życia…
Listopad 14, 2019

Marsz równości – odgrzewany kotlet.

Minął czas, echa przycichły, opadły emocje… Być może łatwiej będzie zrozumieć, co chcę przekazać poniższym wpisem.

Odgrzewany kotlet… Niektórzy mogą się poczuć urażeni  lub obrażeni tym określeniem. Wiem, że zaangażowanie wielu osób, emocje, które temu towarzyszyły były bardzo realne, prawdziwe… Mało tego, u części osób ujawniło się przekonanie, że uczestniczą w czymś ważnym, co za tym idzie emocje też są ważne i jak najbardziej prawidłowo ukierunkowane oraz właściwie ugruntowane. W związku z powyższym jakiekolwiek umniejszanie ważności wydarzenia zapewne może prowadzić do dyskomfortu, a nawet wkurzenia. Śpieszę donieść, że nie takie są moje intencje. Jeśli ktoś mimo zapewnień i poniższego wyjaśnienia w dalszym ciągu będzie się czuł urażony, czy obrażony zapraszam na konsultacje.

Niewiarygodne wręcz jak często nieświadomie i z automatu dajemy się wkręcić w awanturę w wymiarze społecznym. Niezależnie od wieku i wykształcenia, aktywnie na forum publicznym lub w szeroko pojętym Internecie. Wystarczy, że zbliżają się wybory lub trzeba z jakiegoś powodu uruchomić temat zastępczy… Co gorsza takie tematy wypływają czasem tylko po to, żeby podtrzymać niechęć, czy wręcz nienawiść między zwaśnionymi grupami… Dziel i rządź ciągle się sprawdza…

Chciałbym się przyjrzeć temu wydarzeniu z punktu widzenia tego, czym się m. in. zajmuję – analizą konfliktu. W mniejszym stopniu chciałbym się odnosić do argumentacji jednej i drugiej strony, właściwie w ogóle nie chciałbym się do tego odnosić, bo to domena umysłu egotycznego, a ten może w nieskończoność uprawiać takie gry, w końcu do tego został stworzony… Gorzej, że jako narzędzie czasem bierze górę nad Całością… Interesuje mnie to, co jest ukryte pod zabawą argumentacyjną umysłu egotycznego. Co prowadzi każdego pojedynczego uczestnika do tego, żeby przefiltrować nagromadzone emocje doprowadzając do interakcji z pozostałymi uczestnikami… To jest klucz do odpowiedzenia na pytanie co tam właściwie się dzieje, tym bardziej, że u poszczególnych graczy źródło emocji jest zupełnie gdzie indziej.

Interakcje społeczne, takie jak marsz równości są świetnym poligonem do prowadzenia analiz, przy czym warto zwrócić uwagę na to, iż jest to analiza pobieżna, wstępna, w której większość może się odnaleźć.  Trudno mówić o dogłębnej i bardzo szczegółowej analizie, nie badając każdego z graczy odrębnie, żeby utworzyć i przeanalizować sieć zależności i powiązań. Osoby zainteresowane analizą indywidualną zapraszam do kontaktu.

Ponieważ tematem przewodnim artykułu jest marsz równości, adekwatny jak sądzę będzie cytat z Oriany Fallaci: „Nie mam nic przeciwko homoseksualizmowi samemu w sobie. Natomiast drażni mnie, kiedy przeistacza się w ideologię. A więc w jakąś klasę, w partię, w lobby ekonomiczno – kulturalno – seksualne, dzięki czemu staję się orężem politycznym. Bronią wymuszania i szantażu”

No dobrze… Zadajmy sobie zatem pytanie: A co, jeśli uczestnicy całego wydarzenia w większości nie są graczami, a granymi? Co wtedy? Dotyczy to całego wydarzenia, czyli osób biorących udział w dwóch marszach – samej manifestacji i kontrmanifestacji, ale też sympatyków jednej lub drugiej strony.

Niby wszyscy zdają sobie z tego sprawę, wiedzą, że mamy przecież za pasem wybory, a mimo to dają się wciągnąć w kolejną grę… Dlaczego?

Wielokrotnie w takim czasie różne środowiska, wyselekcjonowane i podatne na manipulację, mające poczucie krzywdy lub odrzucenia są wykorzystywane do partykularnych interesów politycznych. W podobny sposób przecież wykorzystuje się górników, pielęgniarki czy rolników.

A co, jeśli tak naprawdę nie chodzi o marsz równości, tylko o wojnę, którą wielu z nas w sobie niesie? Wojnę wewnętrzną z tym, czego nie akceptujemy i dlatego tak łatwo wpisujemy się w konflikt społeczny… Co wtedy? Bo mnie się zdaje, że marsz równości będzie wtedy, gdy będzie wyglądał jak karnawał w Rio… Wtedy, kiedy w marszu pójdą ze sobą ludzie z krzyżami i ci ubrani na tęczowo, ramię w ramię, ciesząc się swoim towarzystwem…

W tym momencie należy przedstawić aktorów biorących udział w tragedii, nie zapominając oczywiście o tym, że spektakl odbywa się w dwóch aktach – wpierw na ulicy, a później w szeroko pojętym Internecie, gdzie wygodniej i bardziej anonimowo można do woli filtrować emocje.

Główne role przypadają lgbt i obrońcom tradycyjnych wartości, są to stosunkowo najmniejsze grupy.  Mimo, iż są najmniejsze, wymagają tak naprawdę najwięcej wsparcia, zrozumienia i miłości… Dużo pracy jest niewątpliwie wokół samoakceptacji i samozrozumienia. Jest tam sporo ludzi potłuczonych przez życie, walczących z samym sobą i mających trudności z samoakceptacją. W przeciwnym przypadku nie byłoby tak dużej potrzeby przekonywania do swoich preferencji, czy to seksualnych, światopoglądowych, czy też religijnych. Kogo uczestnicy chcą  przekonać? I dlaczego? Kłopot w tym, że tak naprawdę nie są głównymi gwiazdami spektaklu, a raczej statystami… Główną rolę pełnią scenarzyści i reżyserzy.

Największą grupę aktorów tworzą zaangażowani – ludzie czynu oraz gapie. Zaangażowanie, to bardzo pozytywna cecha, sęk w tym, że kierunek i miejsce działania niekoniecznie są miejscem, w którym cokolwiek poza upuszczeniem emocji i oddaniem energii można uzyskać. Poza tym zaangażowani, przynajmniej znaczna ich część łatwo ulega manipulacji. I co najważniejsze uczestnictwo w czyimś przedstawieniu nie odkryje pierwotnego źródła zaangażowania poszczególnym osobom. Wśród aktorów byli również gapie, czyli wszyscy ci, którzy idą i patrzą jak na igrzyska, wszak tego potrzeba – chleba i igrzysk…

Przestawiając aktorów, nie należy zapominać o hierarchii ważności panującej w teatrze i położyć nacisk na scenarzystów i reżyserów – w tej roli będą urzędnicy wysokiej rangi, działacze polityczni oraz spindoktorzy. To oni wyciągają aktorów manipulując uczuciami, na deski teatru, który w tym przypadku nazywa się ulicą w innym przypadku newsem w tv lub portalu internetowym.

Nie jestem przeciwnikiem scenarzystów i reżyserów, żeby była jasność… W takim żyjemy teraz Świecie. Czas na zmiany, czas na nowe. Jeśli coś nam społecznie przestało służyć, nie trzeba z tym walczyć, wystarczy zobaczyć, zrozumieć i przestać korzystać, samo odpadnie…

Ciekaw jestem jednego, czy scenarzyści i reżyserzy w ogóle zdają sobie sprawę z tego, do czego prowadzi ich działanie? Czy to działanie z premedytacją, czy bezmyślne i krótkowzroczne działanie na rzecz partykularnych interesów grupy przekonanej o swej elitarności? Tego nie wiem, ale niewątpliwie tego typu techniki budzą we mnie taki sam sprzeciw jak działanie niektórych tzw. zaklinaczy koni szumnie nazywanymi tłumaczami koni. W obu przypadkach nie chodzi o dobro odpowiednio aktorów i koni, tylko o techniki, za pomocą których łatwiej można uzyskać zamierzony efekt.

Niewątpliwie jako społeczeństwo mamy mnóstwo pracy przed sobą, ale na miłość boską tolerancji nie uczy się przemocą, tolerancji nie uczy się włażeniem z buciorami ze swoimi poglądami w czyjąkolwiek przestrzeń! Dotyczy to każdej ze stron konfliktu…

Prawdą jest, że w początkach budzącej się świadomości był potrzebny wybuch, ale u podstaw był zupełny brak tolerancji i wewnętrzna walka wielu osób, którym nie wolno było być sobą. Tłumiona przez wiele lat, a nawet pokoleń energia musiała znaleźć upust. Dlatego piszę o odgrzewanym kotlecie, bo czas pierwotnego upuszczenia emocji minął.

Jeśli zmienić płaszczyznę ze zbiorowej na indywidualną, to w identyczny sposób u każdego z nas – pojedynczej jednostki, wygląda potrzeba upuszczenia emocji powstałych w wyniku ustalania lub poszerzenia granic i zwrócenia uwagi na problem nurtujący nas wewnętrznie. Powtarzalność sytuacji budzących w nas tak duże emocje oznacza tylko lub aż tyle, że pierwotna przyczyna leżąca u podstaw wybuchu emocji, nie została rozwiązana.

Z tłumem nie da się dogadać lub wypracować rozwiązanie, tłumem się manipuluje, jak widać z historii… Pracować można z pojedynczymi jednostkami wyłuskanymi z tego tłumu, to jedyne rozwiązanie… Warto zdawać sobie z tego sprawę.

Jeśli chcemy, żeby takie marsze przerodziły się we wcześniej wspomnianą zabawę w Rio, to mało świadome przyłączanie się  i walka po jednej ze stron jest tylko filtracją emocji i oddawaniem energii. Skupienie na sobie, swoich problemach, swoich niedoskonałościach, na swoich niewiadomych i umiejętne uczestnictwo w życiu społecznym jest, myślę sobie, znacznie lepszym rozwiązaniem niż walka zewnętrzna, której źródłem jest walka wewnętrzna, tylko na szerszym polu w innym teatrze…

W każdym człowieku jest piękno, ważne żeby on sam się o tym dowiedział i je zobaczył.

 

Grafika: Wiktor Dąbkowski